Poznanie księcia Windsoru – rozwinięcie

Wtedy ujrzałem na przegubie jego ręki, pod nieskazitelnie białym mankietem wizytowej koszuli, MIEDZIANĄ BRANSOLETKĘ! A pod bransoletką, jak u każdego, kto taką nosi, niebieskozielone zabarwienie skóry. Moje drugie przeżycie związane z miedzianą bransoletką było jeszcze ciekawsze i bardziej zaskakujące. Kilka lat temu zostałem zaproszony razem z żoną na garden party do znajomego lekarza. W przyjęciu uczestniczyło około dwudziestu gości, przeważnie lekarzy. Był piękny, letni dzień. Siedzieliśmy przy basenie, rozmawiając na nasze ulubione tematy – o chorobach, pomocy rządowej i giełdzie. Jeden z gości, profesor Akademii Medycznej, zaangażowany bez reszty w pracę naukową i dydaktyczną, sprawiał wrażenie bardzo dobrze zorientowanego w wielu tematach – immunologii, stwardnieniu tętnic, bezpłodności, nadciśnieniu oraz… chorobach reumatycznych. Byliśmy pogrążeni w ożywionej dyskusji, gdy nagle zjawił się gospodarz, przysłuchiwał się nam przez chwilę, a potem powiedział: „Panowie, skończcie te rozmowy na tematy zawodowee. Lepiej teraz trochę popływajcie, bo hamburgery i kiełbaski będą za chwile gotowe”. Wstaliśmy więc i udaliśmy się do przebieralni, gdzie mój znajomy profesor włożył kąpielówki. I wtedy ze zdziwieniem zauważyłem na kostce dostojnej lekarskiej osobistości…miedzianą bransoletkę! Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie mam nic przeciwko noszeniu miedzianych bransoletek. Jest to taki sam amulet, jak inne i nie wyrządza nikomu krzywdy. Niektóre są nawet efektowne, posrebrzane lub pozłacane po zewnętrznej stronie.

Dodaj komentarz

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>